Zbulwersowani pacjenci odpieraja zarzuty polskich gazet i TV.
Po ukazaniu sie reportazu oraz artykulu w polskiej gazecie.
 
 
 ___________________________________________________________________________________
 
 
Izabela Kalinowska
 

 
"Witajcie Kochani!

Słyszałam o reportażu który miał mi pomoc , a z tego co się dowiedziałam to tylko skompromitował Franka lekarzy i klinikę w Chinach. Frank nazywa się Kamp, wszyscy nazywają Go Frankiem, tak jak mnie tutaj Izabelą.

Frank robi tutaj dla nas rzeczy niemożliwe do załatwienia, można liczyć na niego 24 godz. na dobę.
Codziennie jest w szpitalu , rozmawia z lekarzami o naszym leczeniu i potrzebach.
Bez Franka nie dalibyśmy sobie tutaj rady!!

Chińscy Profesorowie jeżdżą na konsultację do USA - nie są żadnymi szamanami którzy lecza za pieniądze jak to przedstawił nasz znajomy reporter M.K.!! To od niego w trakcie robienia wywiadu usłyszałam - "jedź do Chin, ale zrób to z głową i skontaktuj się jeszcze z lekarzami w Polsce".No i pojechałam na rozmowę z lekarzami w Polsce a co usłyszałam to tego nie napiszę bo aż wstyd i nie chcę żeby to moje dzieci przeczytały.
 
Lekarze naprawdę się starają, miałam zrobione tyle badań ile w Polsce nie miałam przez całą chorobę.Cały czas walczę i nie poddam się za CHINY LUDOWE!!!
Dusza zdrowa , myśli pozytywne a ciało do naprawy i mam nadzieję ze je tu naprawią!!

Do znajomego reportera M.K.- nie wiedziałam że obłuda ma taki wyraz twarzy i potrafi wzbudzić takie zaufanie w śród ludzi, nie tylko ja to zauważyłam ..."
 
Izabela Kalinowska
 
____________________________________________________________________________________
 
 
Wioleta Szczerba
 

   
 

23 marca o godzinie 21.45 na TVP 2 w Magazynie Ekspresu Reporterów ukazał się bardzo stronniczy materiał dotyczący leczenia raka w Chinach:

 

tvp/publicystyka/magazyny-reporterskie/magazyn-ekspresu-reporterow/wideo/chinski-cud/1497263

 

Jestem jedną z osób organizujących wyjazd Wioli Szczerby do Chin. Uważam ,że reportaż przygotowano tendencyjnie, a nie rzetelnie. Tak przedstawiono sprawy, aby uzyskać własny, zamierzony efekt, a nie żeby obiektywnie przedstawić rzeczywistość. Sugeruje się w tym reportażu, że Chińczycy są oszustami i naciągaczami. Oto cytat zamieszczony na stronie Magazynu Ekspresu Reporterów: “Chorzy na raka i ich rodziny, aby ratować życie, chwytają się dosłownie wszystkiego. Często trafiają na oszustów i naciągaczy. W Polsce coraz częściej organizowane są wyjazdy do lekarzy w Chinach”.

Szpital Tianjin

Może parę zdań na temat szpitala, o którym nie wspomniano ani razu w reportażu. Widocznie informacje o miejscu, do którego wyjeżdżają chorzy, są mało istotne dla dziennikarzy. Zapomnieli dodać, że jest to największy i najbardziej znany szpital onkologiczny w Chinach i ma nawet swoją nazwę, która również została pominięta w materiale.

Szpital Tianjin Cancer Hospital – został utworzony w 1861 roku jako London Christian Church Hospital (Londyński Szpital Kościoła Chrześcijańskiego). Po ustanowieniu Republiki Ludowej w 1950 roku został przemianowany na Tianjin Municipial People’s Hospital (Ludowy Szpital Municypalny w Tianjin). W 1972 roku szpital specjalizował się już w leczeniu nowotworów i miał wtedy 341 łóżek. W następstwie fuzji różnych oddziałów w 1977 i w 1987, szpital jeszcze raz przemianowano w 1996 na: Tianjin Medical University Cancer Institute and Hospital (Instytut i Szpital Onkologiczny Uniwersytetu Medycznego w Tianjin). Każdego dnia wykonuje się około 160 operacji, z czego około 60 to wyłącznie operacje raka piersi. W szpitalu znajduje się 1400 łóżek i leczy się tu wszystkie rodzaje nowotworów.

Frank Kamp – w materialne przedstawiony jest jako tajemniczy Pan Pośrednik, jest osobą, która oferuje swoją pomoc przede wszystkim w sprawach związanych z kontaktem z lekarzami. To on zorganizował Wioli aż 4 konsultacje przy których uczestniczyło grono onkologów. Każde badania, dokumenty przesłane do Franka, trafiają następnie do rąk lekarzy. Bez jego pomocy funkcjonowanie Polaka w Chinach i na terenie szpitala jest niemożliwe, wiąże się to przede wszystkim z ogromną bariera językową. Frank jest w stałym kontakcie z lekarzami, służy nam swoją pomocą 24 godziny na dobę. To dobry, uczciwy człowiek, nie narzucający się. Jest osobą, na która mogliśmy liczyć w każdej chwili.

Izabela Kalinowska – W obecnej chwili pacjentka Tianjin Center Hopspital. Oto co pisze na swoim blogu odnośnie kliniki, w której teraz przebywa, oraz reportażu, który ukazał się na TVP 2:

„Słyszałam o reportażu, który miał mi pomoc, a z tego, co się dowiedziałam, to tylko skompromitował Franka, lekarzy i klinikę w Chinach”

Całą wypowiedź Izy odnośnie kliniki można przeczytać na jej blogu : pomocdlamojejmamy.345.pl/izaklinika
 

To chorzy wywierają presje na chińskich lekarzach. W ludziach przekreślonych w Polsce rodzi się taka determinacja, że zadziwiają i siebie, i innych. Chorzy, którzy nie rokują nadziei na poprawę, w Polsce skazani są na samotne borykanie się z problemami i wegetację w oczekiwaniu na śmierć. Drażni mnie hipokryzja niektórych osób w białych fartuchach, którzy twierdzą, że chorzy na raka wyjeżdżający do Chin mają takie samo leczenie w Polsce i to refundowane przez NFZ, a oni niewdzięcznicy – a może naciągacze, dla kaprysu uparli się na wyjazd do Chin.

Jestem sarkastyczna, ale przepraszam, ręce opadają. Chorym na raka, w Polsce nierokującym poprawy, w rzeczywistości nie oferuje się nic, oprócz opieki paliatywnej. Oczywiście na odległość. Wszystkie badania, jakie musieliśmy zrobić (bo Chińczycy nie chcieli się zgodzić na przyjazd Wioli bez aktualnych badań), musieliśmy robić prywatnie. Kolejki do badań – nawet płatnych – szkoda gadać.

Kontakt z lekarzami

Opiszę przykładowo jeden z dni Wioli w kontaktach z lekarzami.

Jest to jeden z trudnych dni Wioli. Niesamowicie dokucza jej ból głowy. Ma przyśpieszone tętno i nierytmiczność pracy serca. Wymiotuje. Przecież nie pójdzie do lekarza, bo nie ma jak. Przez telefon lekarz się denerwuje, bo przeszkadzamy mu w jego normalnej pracy. Obiecuje, że jak skończy swoje obowiązki, to zajrzy. W tym czasie dzwonią lekarze z Chin. Chcą przeprowadzić wywiad z Wiolą. No niestety ona jest w złej formie, więc się pytają jakie ma usta -spierzchnięte, jaką skórę ma na stopach – suchą. Stwierdzenie: ona jest bardzo odwodniona – te wszystkie dolegliwości są z tym związane. Proszą o podłączenie kroplówki i nawodnienie jej. Oczywiście sąsiadka załatwiła u lekarza kroplówkę i siostrę, która ją podłączyła. Rzeczywiście – po godzinie Wiola była inną osobą. Nie cierpiącą, uśmiechniętą . Można? Można, tylko jak się chce. To nie jest wina lekarzy, że tak się zachowują. To coś nie tak z organizacją postępowania z tego typu chorymi…

Dostęp do pomocy w Polsce

Wiola ma co miesiąc wlewy na wzmocnienie kręgosłupa i czasami tak się zdarzy, że przy jednym transporcie do Szczecina ma jednocześnie naświetlania. Wlewy czasami są płatne. Nie zawsze darmowe, jak to sugerują niektórzy lekarze. Jeśli sam płacisz za zabieg, to nie dostaniesz karetki, a jeśli nawet, po awanturach, uda się załatwić przewóz karetką, to musisz automatycznie załatwić mężczyzn do przeniesienia cię, bo karetka jest tylko z kierowcą. Nadal masz problem, bo jesteś pacjentem nie chodzącym, a w szpitalu musisz przedostać się z jednego budynku do drugiego, a karetka zawiezie cię tylko do jednego. Jak rozwiązać ten problem? W szpitalu nikt tym się nie zajmuje i nie przejmuje. Tak więc musisz zamówić transport medyczny, który przyjedzie po ciebie, zawiezie cię, poczeka. Każde pół godziny czekania to 50 złotych. Następnie przeniosą na inny oddział i jak zakończą naświetlania to przywiozą cię do domu do Dziwnowa. Po normalnej cenie koszt to parę tysięcy. Taniej wychodzi transport do Berlina na lotnisko.

Powiedzenie, że aby chorować w Polsce to trzeba mieć żelazne zdrowie – to prawda.

Nigdy lekarze z Chin nie powiedzieli Wioli , aby zrezygnowała z jakichkolwiek zabiegów w kraju. Organizując wyjazd Wioli do Chin wiedzieliśmy, że jest późno, bo i Chińczycy tak twierdzili. Z Wiolą bywało różnie. Często bardzo źle. Ale ten okres, odkąd padło hasło Chiny, to w 90% bardzo dobry okres. Oczywiście nastawiliśmy Wiolę i siebie, że może zdarzyć się, że nie wróci. Nawet ustaliliśmy sposób alternatywnego powrotu. Wiola uporządkowała swoje sprawy. Przygotowała się na najgorsze, choć zapewne wierzyła, że może być tylko lepiej.

Jak można twierdzić czy choćby sugerować, że chińscy lekarze mamią ludzi, aby wyłudzić pieniądze, skoro zwrócono nam na miejscu w szpitalu wpłacone pieniądze na kuracje! No chyba, że ktoś stwierdzi, że mają powiązania z lotami i firmami ubezpieczeniowymi, bo to faktycznie jest bardzo duży koszt, zwłaszcza dla osób nie chodzących.

Polska firma ubezpieczeniowa to naciągacze. Kasują “równo”, obiecują bardzo dużo, w rzeczywistości nie dając nic. I to jest draństwo. Wiolę ubezpieczaliśmy jako ciężko chorą, żeby w razie jej nagłego powrotu lub śmierci firma załatwiła wszystkie formalności, bo przecież my nie mamy przedstawicielstwa w Chinach , a oni są potentatem. Było ustalone, że koszty do 35000,- EURO oni pokryją, że zajmą się całą logistyką. Ale jak trzeba było szybko organizować powrót Wioli to okazało się, że firma wycofała się.

Proszę Państwa, czy sądzicie, że chorzy wyjeżdżają do Chin w ciemno? Ludzie specjalnie dla sprawy zakładają stowarzyszenia , organizują zbiórki pieniędzy, nawiązują kontakty z innymi, którzy leczyli się w klinice. Zadają sobie tyle trudu w załatwieniu wszystkich formalności, żeby jak najszybciej załatwić numery konta w fundacjach, dodatkowe badania. Ci, którzy zajmują się całą organizacja wyjazdu do Chin, siedzą dniami i nocami szukając informacji odnośnie leczenia, kliniki, szukają blogów, ludzi którzy już tam byli. Wszyscy mamy kontakt z sobą, każdy się zna. Znamy każdą historie osób z Polski, które tam były. To są godziny spędzone na telefonie, dni spędzone z Frankiem przy załatwianiu wszystkich formalności, wizy, szczepień , ubezpieczenia, lotów. Później poszukiwania osób które pojada jako tłumacz, pielęgniarka. Proszę pamiętać że do Chin jeżdżą również takie osoby które nie potrzebują organizować sobie zbiórek pieniężnych. Stać ich na leczenie na własny koszt. O nich jest cicho, bo nie potrzebują tego całego szumu medialnego. Takim przykładem jest pewien lekarz onkolog który pozostaje osobą anonimową.

Polski cud

Za jeden wlew na wzmocnienie kości w kraju Wiola płaci 2000 złotych plus przejazd bez czekania po wielkich obniżkach 1200, co stanowi razem 3200 złotych. To kto tu robi biznes? Chińczycy, którzy za 10 dni pobytu i intensywnego wzmacniania najpierw na ojomie, potem na sali szpitalnej, wystawili rachunek na 594 dolary, czy Polskie służby ? A ponoć wszystko należy się za darmo!

W reportażu padają pytania odnośnie leczenia w Chinach: ile to kosztuje? Czy kuracja jest skuteczna? To samo pytanie możemy zadać i w tym wypadku! Ile kosztuje leczenie w Polsce? Czy kuracja jest skuteczna?

Po powrocie z Chin Wiola miała ciężkie chwile . Potem odzyskała wolę walki i chęć do życia i stała się tą cudowną ukochaną Wiolą. Teraz zaaplikowane w Polsce sterydy dokuczyły jej bardzo i jest źle. Ostatecznie okazało się, że to nie sterydy a naświetlanie, a może jedno i drugie. Niestety na niektóre etapy nie mamy wpływu. Teraz pragnę, aby jak najmniej cierpiała. Jeśli ma się dokonać to co nieuniknione, to niech nie cierpi. Wiola jest cudowną istotą, która dla niejednego winna być wzorem dobroci. Chcę wierzyć, że te trudne chwile to tylko chwile. Ze czeka ją jeszcze dużo bardzo przyjemnych przeżyć i doznań. To dzięki niej przekonaliśmy się, jak wiele ludzi ma w sercach światło dla innych, a Wiola dzięki wielu przeżyła piękne chwile nadziei i czuła realność spełniania się marzenia…

Linki

Linki do blogów osób będących w trakcie i po kuracji w Tianjin Center Hopspital:

Julita która jest Po I etapie kuracji : dlajulity.hb.pl/aktualnosci

Iza która jest w trakcie kuracji : pomocdlamojejmamy.345.pl/izaklinika

Iza Sokołowska po II etapowej kuracji (blog Rafała Sokołowskiego, brata Izy) : sokol.rox

Stowarzyszenie Wiara na Dziwnej
 
 
 _______________________________________________________________________________
 
 
 
 

Mam na imię  Adam (58 l.). Choruje od 2,5 roku. W Polsce zaaplikowano mi 52 chemioterapie, w tym chemioterapie komórkowe które wg opinii polskich lekarzy są najlepszymi z dostępnych w kraju.  Wyniki mojej choroby wciąż ulęgały pogorszeniu, narastały przezuty. Po wynikach  październikowych (czyli ostatniej chemii) prowadzący mnie lekarz stwierdził, ze nie ma nic lepszego do zaoferowania.  Zaproponował   mi powrót do pierwszej chemioterapii lub poszukanie innych dróg leczenia np. medycyny niekonwencjonalnej. Własnymi staraniami, znajomościami dotarłem do lekarzy , którzy chcieli mi pomoc. Zaproponowani operację na płucach z usunięciem jednego płata płucnego oraz embolizację na wątrobie, którą wykonano. Embolizacje ledwo przeżyłem. Po 6h  w nie do opisania bolach udało sie przywrócić mnie do normalności.  W miedzy czasie dowiedziałem sie z massmediów o udanych kuracjach Izabeli Sokołowskiej w Chinach. Zdesperowany własna sytuacją i niewiedzą na temat możliwości polskiej medycyny poczyniłem starania o kontakt  z Tjanjin Cancer Hospital. Pomógł mi w tym koordynator w Chinach, Frank Kamp   http://www.opgivet.dk/3-92-om-opgivetdk.html

Przyjęcie do kliniki w Chinach nie jest takie proste jak sie wydaje. Po wysyłaniu wielu wyników badan i wielu video-konferencji  z lekarzami chińskimi, zdecydowano się przyjąć mnie do szpitala. Niestety nie wszystkim się jednak to jednak udaje. Wielu osobom chińscy lekarze odmawiają przyjazdu ze względu na zły stan zdrowia. Dzisiaj  jestem jednym z nielicznych europejczyków w Tjanijin Cancer Hospital.

Do Chin przyleciałem 23go lutego. Z lotniska odebrał mnie Frank - człowiek bez, którego tu na miejscu nie byłbym w stanie egzystować. O każdej porze dnia i nocy jest do dyspozycji  wraz ze swoja chińską zona  Jill. Począwszy od przysłowiowej "szpilki" poprzez sprawy bankowo-gospodarcze do rozmów z lekarzami  zawsze mogę na nich liczyć.

Podczas mojego dotychczasowego  pobytu spotkałem młodą kobietę Julite, która  opowiedziała mi historie swojej choroby. Dziewczyna której w Polsce odmówiono pomocy wyleciała stad w bardzo dobrej kondycji zarówno psychicznej jak i fizycznej.  Jej widok w dniu wylotu z Chin dal mi silę do jeszcze bardziej  żarliwej wiary i walki o zdrowie. W międzyczasie dojechała tu Iza z okolic Torunia. Tak jak w przypadku  Julity, również i Izabeli zaproponowano w Polsce już tylko leczenie paliatywne.  Do tego szpitala trafiają pacjenci z  Polski w bardzo zawansowanej chorobie, tacy którym odmówiono dalszego leczenia. Chińscy lekarze podejmują się  jednak walki o to co najcenniejsze - o życie. Moim zdaniem maja do dyspozycji najnowszy sprzęt na świecie. Personel lekarski jest bardzo kompetentny, oddany pacjentom a wykonane na mojej osobie 2 zabiegi przeprowadzono perfekcyjnie. Embolizacja odbyła sie bezboleśnie, zupełnie inaczej jak w Polsce. Krioterapie  również wykonano bezboleśnie. W chwili obecnej oczekuje na następne zabiegi i jestem wdzięczny chińskim lekarzom, za fakt zainteresowania sie moim trudnym przypadkiem.

W Klinice jestem prywatnie, powiedziałbym nawet "inkognito". Nie szukam rozgłosu w środkach masowego przekazu. Zbulwersował mnie artykuł który ukazał się w gazecie oraz reportaż telewizyjny, mówiący o "chińskim cudzie". Tu nie ma cudu tu jest walka o życie i zrozumieć to może tylko ten, kto tu był. Zarówno artykuł jak i program były bardzo tendencyjne.   Zastanawia mnie fakt, dlaczego osoby będące tu w Chinach wypowiadają się z pozytywnie na temat tutejszych metod leczenia, natomiast lekarze w Polsce podchodzą do tego z uśmiechem na twarzy. Łatwo jest wypowiadać się lekarzom w Polsce na temat krioterapii, genoterapi, na temat metody leczenia biologicznego – bo przecież jak wypowiedział się jeden z panów w studio „w Polsce już to wszystko mamy”. Tylko pytam gdzie to wszystko jest? Dlaczego nikt o tym nie wie, dlaczego nikomu nie zostało to zaproponowane?

Może zamiast polemizować na temat „chińskiego cudu”  można by zrobić reportaż gdzie i w jaki sposób chory na raka w Polsce może walczyć z tą chorobą?  

Teraz jesteśmy w Chinach, można by rzec na końcu świata, gdzie zaproponowano  nam wspólną walkę o życie, jakże inną od propozycji polskich łóżek paliatywnych.

                                                                                             

Z poważaniem

                                                                                                           Adam

 ________________________________________________________________________________
 
 
 
Julita Borowiec
 
 
 
 

W odpowiedzi na reportaż i artykuł  „Chiński cud”

 

 

Mam na imię Julita i jestem jedną z tych osób której  wypowiedzi zabrakło w reportażu Expres Reporterów pomimo że byłam leczona podobnie jak Adam, Wiola czy Iza przez okres 6 tygodni w Chinach.

 

Jako osoba tam leczona mam więc prawo do wypowiedzi i własnej oceny sytuacji dotyczącej terapii w Chinach.

Pozwalam sobie  nie zgodzić się z autorami w/w reportażu i publikacji prasowej Gazety Wyborczej pt „chiński cud”, traktującej instrumentalnie osoby leczone w Chinach, informacje podane do publicznej wiadomości dotyczące pobytu w Chinach to moim zdaniem tylko  pół prawdy czyli całe kłamstwa.

Mój przypadek według lekarzy w Polsce był nieoperacyjny a  z naciekiem na żyłę główną nikt nie dawał mi większych szans. Nie chcę się w tym momencie nawet rozpisywać o   tym co czułam, przecież jestem matka trzech małych dziewczynek, które przez najbliższych 15-20 lat będą potrzebowały mojej  opieki i wparcia.

W Polsce miałam ponad 30 chemii i nic (w tym chemię eksperymentalną).

Kiedy moja sytuacja wydawała się beznadziejna to  mieszkańcy Świebodzic, mojego miasta okazali się niezwykle solidarni i pomocni organizując wiele charytatywnych imprez podczas których do skarbonek zbierano na moje leczenie pieniądze . Akacja na rzecz mojego uleczenia nabrała większego zasięgu po informacji nadanej w grudniu 2009 roku w Teleexpresie, Wiadomościach Polsatu oraz wrocławskich Faktach.

Materiał do stacji telewizyjnych został przygotowany przez panią Dorotę Kaczor.

Wówczas już wiedziałam że ze względu na brak możliwości dalszego leczenia  w Polsce muszę szukać pomocy za granicą.

 

Stowarzyszeniu Pomocy na Rzecz Dzieci i Młodzieży Niepełnosprawnej naszej lokalnej organizacji udało się trafić w Internecie  na Fundację Anny Dymnej, która użyczała jesienią ubiegłego roku konta bankowego i wsparcia Pani Magdalenie Mrówczyńskiej chorej na nowotwór złośliwy. Nasze świebodzickie Stowarzyszenie celem zasięgnięcia opinii nawiązało kontakt z rodzinami osób leczonych w Chinach, wszystkie te osoby polecały nam klinikę chińską a osobę Pana Franka przedstawiały nam w samych superlatywach.

Nasz pierwszy kontakt z Frankiem był  bardzo sympatycznym przeżyciem,  opowiadał nam swoje historię związane z Chinami, cały czas podkreślając że nie jest lekarzem kiedy rozmowa schodziła na tematy medyczne. Frank mówił że może pomóc organizując pobyt dla chorej i osób jej towarzyszących, mówił o tradycjach i zwyczajach jakie panują w chińskich szpitalach, np. że , chora osobą  zgodnie z chińską tradycją zajmują się krewni, że na terenie szpitala nie ma cateringu, że do obowiązków rodziny należy przygotowanie i dostarczenie choremu posiłków oraz wykonywanie prostych czynności higienicznych itd...

 

 

Przed zakwalifikowaniem mnie do leczenia w Chinach musiałam przygotować komplet dokumentacji medycznej, co nie było łatwe bowiem moje badanie peta zginęło sanitariuszom w karetce a lekarz  prowadzący nie chciał przygotować opisu choroby zawierającego chronologiczne informacje o podjętym leczeniu i jego efektach. Ostatecznie opis choroby był amatorskim działaniem laików którzy ze sterty wypisów szpitalnych stworzyli całość.

Kiedy wszystkie dokumenty medyczne zostały przetłumaczone na język angielski a płyta z badaniem została przesłana do kliniki w Chinach rozpoczął się okres oczekiwania na decyzję  Kiedy otrzymałam informacje potwierdzającą zgodę na podjęcie leczenia  byłam bardzo szczęśliwa bowiem na powrót otrzymałam nadzieję na juto...

 

Wszyscy ci którzy „rzucają we Franka kamieniem” i wyciągają zbyt pochopnie wnioski niech wyobrażą sobie sytuację kiedy lądują na lotnisku na „końcu świata” i dopiero wówczas rozpoczynają działania związane z organizacją pobytu, mając  przecież do wykonania naczelny cel  jakim jest poddanie chorej osoby leczeniu, proszę pamiętać że to nie wyjazd turystyczny tylko wyjazd ratujący życie. W takim momencie ważny jest czas, spokój i bezpieczeństwo. A nam to wszystko zaoferował  Frank. Było by dalece nieuczciwe gdybym nie napisała o tym że Frank pobiera za te usługi opłatę, ale dlaczego to tak gorszy autorów reportażu i artykułu Gazety Wyborczej, czy Frank  deklarował się jako Wolontariusz, nic mi  o tym nie wiadomo bardziej zastanawia mnie na czyje zlecenie pracowali i za jakie pieniądze autorzy w/w publikacji medialnych, żeby do parteru ściągnąć człowieka który uczciwą ciężką pracą zarabia na utrzymanie.

Frank  pomimo że nie ma biura w Polsce jest do dyspozycji (za darmo) wszystkich którzy chcą się z nim kontaktować przez  24 godziny na dobę, i to bez żadnej przesady, różnica czasów powoduje że Frank czasami w środku nocy odpowiadał na skypie na pytania  moje, rodziny i przyjaciół.  Nam chorym w Polsce potrzeby jest swobodny  dostęp do kontaktów z lekarzami, terapeutami, psychologami a nie wystrojone biura w których nie ma osób życzliwych i kompetentnych. Frank jako europejczyk ( Frank jest Duńczykiem) rozumie potrzeby ludzi z Europy, dlatego tak organizuje pobyt aby w innej kulturze i tradycji wszyscy mieli stworzony jak najlepszy komfort pobytu.

 

Frank od wylądowania na lotnisku w Pekinie rozpoczyna swoją pracę tz wyprowadza zagubionych, przybyszów z Europy z   tłumu jaki panuje na lotnisku i prowadzi do wynajętego auta którym jak najszybciej dostaje się chora osoba do szpitala na pierwszą wizytę lekarską, dalej droga do wynajętego przez Franka  miejsca zamieszkania w którym osoby towarzyszące a czasami i osoba chora ( podczas przerw  w leczeniu) spędzi kilka tygodni. Frank pomaga przy założeniu konta w banku bowiem tylko poprzez bank dokonuje się rozliczeń ze szpitalem, dalej zapełnia lodówkę, przywozi wodę ( woda z wodociągu dla nas mogłaby okazać się zgubna ), w razie awarii technicznych w mieszkaniu organizuje wsparcie, pokazuje miejsca gdzie należy robić zakupy spożywcze, jak płacić i ile za usługi jak np. taksówki czy przejazdy komunikacją publiczną, jest naszym przewodnikiem. 

Wracając do opisu samego leczenia, od pierwszego dnia  mojego pobytu, pomimo ze nie wpłynęły na konto szpitala jeszcze żadne pieniądze rozpoczęły się  badania podstawowe, kolejne dni to rezonans magnetyczny, PET CT scan, Tomograf Komputerowy, dalej operacja guza nowotworowego w okolicach obojczyka, która została przeprowadzona w 10 dniu od przylotu. Operacja poprzedzona była kilkoma konsultacjami z lekarzami z dwóch oddziałów. Przez cały czas trwania kuracji otrzymywałam kroplówki ze składnikami, potocznie zwanymi naturalną medycyna chińską. A opieka ze strony personelu medycznego, lekarzy i pielęgniarek, była bez zarzutu. Na zakończenie pierwszego etapu leczenia miałam przetoczoną i poddaną filtracji krew ( wyprodukowaną z własnych komórek macierzystych). Lekarze chińscy zaraz po przyjeździe do Polski  zalecili mi  

wizytę lekarską u onkologa a po okresie 2 miesięcy przeprowadzenie kontrolnego badania PET.

 

Kolejny pominięty w reportażu element to  bardzo nowoczesny sprzęt medyczny np. cyber knife itd.., a tego urządzenia w Polsce nie ma więc nie tylko suszone żaby jak to było przedstawione w reportażu ale także nowoczesne urządzenia i technologie stosowane  w onkologii.

 Nie wiem jaki finał będzie miała moja historia ale dla mnie i moich dzieci ważny jest każdy wspólnie przeżyty dzień,  ważna jest nadzieja życzliwość i zrozumienie. A tego doświadczyłam od osób które pomagały mi w Polsce i za granicami naszego kraju od lekarzy i Franka który na „końcu świata” starał się robić co tylko można aby  przywrócić mi  nadzieję

 

 

Julita Borowiec

Webbureauet Krogstrup & Hede